Zerwane więzi

Czuła się dzieckiem znikąd. Kimś totalnie wykorzenionym. Adopcyjni rodzice kochali ją bardzo, stworzyli ciepły I spokojny dom, a jednak tęskniła za tymi prawdziwymi. Ratując siebie, nadwątlone poczucie własnej wartości wymyśliła ich, stworzyła mit. Rzeczywistość napisała jednak inne zakończenie.

Bożena Łojko miała 7 miesięcy, kiedy trafiła do domu dziecka, ponad 4 lata, gdy ją adoptowano, 29 lat, kiedy odnalazła swoich biologicznych rodziców i rodzeństwo.

– Dzięki tym dramatycznym poszukiwaniom nie czułam się już wykorzeniona – mówi. ­– Doceniłam moich prawdziwych rodziców, adopcyjnych. Zrozumiałam, że gdyby nie oni, może byłabym nikim. Pewnie siedziałabym teraz z flaszką wódki w dłoni i paliłabym kolejnego papierosa.

Krótka historia małej dziewczynki

Jej historia pisana wspomnieniami zaczyna się tak: Jest malutka – to pierwsze wspomnienie, trudno więc powiedzieć, ile w tym momencie ma lat – dwa lata, może trzy? Stoi nagusieńka w kolejce takich samych malutkich dzieci i czeka aż opiekunka z impetem wsadzi ją do wanny, przytrzyma siłą za ramiona i poleje prysznicem. Bożena szlocha, jest przerażona i bezradna. Opiekunka – gniewna, szorstka i popędliwa. Wszystkie dzieci płaczą. Opiekunka krzyczy.

(Do tej pory jest w niej ta trauma. Kiedy Bożena schyla sie nad wanną, by spłukać włosy, nikt nie może wejść do łazienki, ani broń Boże dotknąć jej ramienia – bo znowu wróci tamten paniczny lęk, utrata tchu, paraliż)

Potem historia nabiera tempa. Dziewczynka ma prawie 5 lat i trafia do rodziny adopcyjnej. Przybrani rodzice są ciepli i czuli. Długo czekali na własne dziecko. Dostaje wiec od nich, skumulowany przez lata zapas miłości i akceptacji. Nie ukrywają przed nią, że jest adoptowana.

Ta miłość i ciepło jednak nie wystarczą. Czuje się gorsza niż inne dzieci. Potem napisze na blogu:„ Najgorsza była świadomość, że ktoś najbliższy już na samym początku mojego życia mnie porzucił”.

Dobrze pamięta tamten czas, siermiężne lata osiemdziesiąte. W bezdusznej i zatłoczonej szkole nikt się nie bawi w psychologa. Nawet wśród niedużych dzieci pokutuje schemat, zgodnie z którym adoptowane dziecko jest zawsze gorsze, niż to normalne, bo w jego krótkiej historii jest patologia, porzucenie przez biologicznych rodziców. Jest też dom dziecka, a potem nowa rodzina, a jakże – niepełnowartościowa, bo nie mogąc mieć własnego dziecka, zadowala się tym, którego nikt nie chciał.

Czy Bożena dokładnie tak wtedy to czuła? Tak. Chociaż teraz z perspektywy czasu widzi, że jej dzieciństwo, od 5 roku życia było dobre i spokojne. Wtedy jednak próbowała ratować nadwątlone własne poczucie wartości iluzją. Wyobrażała sobie biologicznych rodziców, którzy nie mogli się nią zająć, bo przeżyli osobista tragedię. Byli biedni, mieli wypadek, umarli. Miała kilkanaście lat, kiedy w szafie przybranych rodziców znalazła pierwszą metrykę urodzenia, a w niej nazwisko i adres biologicznego ojca.

Wpadła na pomysł wart zbuntowanej nastolatki. Napisała do ojca list, podając się za osobę, zainteresowaną losem jego córki. Po kilku tygodniach przyszła odpowiedź. Biologiczny ojciec odpisał, że z powodu choroby i wyjazdu za granicę, nie mogł pełnić opieki nad dzieckiem, ale oczywiście, los córki nie jest mu obojętny.

Porozmawiała z przybranymi rodzicami. Uspokoiła się. Na kilka lat. Wymyśliła sobie biologicznego ojca. Był stateczny, mądry,ale nieszczęśliwy, przecież stracił ją!

Po kilku latach postanowiła go odwiedzić.

– Pojechałam pod wskazany adres. Rudera, zaśmiecone podwórko, na nim brudny, zabiedzony starzec, zniszczony przez życie i wysokoprocentowe trunki. Zapytałam go, czy pod tym numerem mieszka… i tu podałam nazwisko mojego ojca. Tak, to jestem ja – odpowiedział.

Nie był tym statecznym mądrym, choć nieszczęśliwym człowiekiem z jej wyobrażeń. Nadal jednak chciała ocalić mit.

Powiedziała mu, że jest jego córką.

Nie wzruszył się, choć tego pragnęła. Nie przeprosił, choć tego oczekiwała. Zaprosił, by wpadła w wolnym czasie na grilla. Nie jak ojciec. Jak obcy.

Bełkotał, że jej pobyt w domu dziecka, to wina jej biologicznej matki. Kiedy on był za granicą (dziś Bożena już wie, że tak nazywał swój pobyt w więzieniu), odebrano jej córkę i syna.

W ten sposób Bożena po raz pierwszy usłyszała o swoim bracie. Poznała też adres matki.

Jolanta, moja b.matka

Bożena napisała w swoim blogu:

„Blok w którym mieszkała matka to stara, przedwojenna kamienica. Klatka brudna i zaniedbana, aż strach, co będzie dalej. Drzwi. Na nich brudna karteczka: dzwonek nie działa. Zapukałam. Cisza, Zapukałam jeszcze raz. Słychać było, że w środku mieszkania ktoś szura kapciami. Wreszcie otworzyła jakaś kobieta (od razu, nie wiem dlaczego, wiedziałam, że to ona, matka biologiczna). Przedstawiłam się: Jestem Bożena, urodzona tego i tego dnia, roku. Chciałabym rozmawiać z panią Jolą.

Spojrzała na mnie, widać, że bardzo zdenerwowana i powiedziała

– Teraz nie ma pani Joli, proszę przyjść za dwie godziny, powinna już wrócić

Czekając na to spotkanie zastanawiałam się dlaczego ona tak zareagowała? Dlaczego nie przyznała się, że jest Jolantą, moją matką. Pomyślałam, że nie wie jak ma się zachować, i że musi mieć czas na oswojenie sie z nową sytuacją.

Po dwóch godzinach znów zapukałam w obskurne drzwi. Tym razem otworzyły się bardzo szybko. Była w nich ta sama kobieta, czyli Jolanta. Zaproponowała kawę.

Mieszkanie było zdewastowane i brudne. Usiadłyśmy, a ja nie wiedziałam od czego zacząć.

Czy najpierw zapytać o brata? Czy dociekać, dlaczego mnie zostawiła? Nie mogłam zebrać myśli. Nie wiem ile ta cisza trwała, dla mnie bardzo długo. W końcu wydusiłam z siebie: Dlaczego trafiłam do Domu Dziecka?

Widać było, że takiego pytania się spodziewała bo od razu zaczęła mówić

– Nie mieliśmy mieszkania, więc twój ojciec znalazł wolny lokal. To była suterena. Mieszkaliśmy tam dwa lata, aż pewnego dnia przyszła opieka i mi ciebie zabrała… nie wiem dlaczego

– Jak to zabrała? Tak bez powodu?

– No może sąsiedzi, którzy nas nie lubili wezwali… – odpowiedziała, zarzekając się, że bardzo oboje z ojcem dbali o mnie, bardzo kochali.

Wiedziałam już, że będę musiała iść do Domu Małego Dziecka w którym przebywałam aby dowiedzieć się czegoś więcej o sobie.

Chciałam jeszcze zapytać o brata. W tym momencie do pokoju weszła jakaś dziewczyna, bardzo filigranowa. Wioletta powiedziała, że jest moją siostrą. Od razu poczułam do niej wielką sympatię. Usiadła naprzeciwko, obok swojej matki.

– Chciałam zapytać jeszcze o brata – Jurka, co się z nim stało? – wydusiłam z siebie.

Jolanta zrobiła się wręcz purpurowa

– Został adoptowany? Czy Pani wie, gdzie on może przebywać? – dociekałam.

Przez chwilę panowała martwa cisza.

– Jurek zmarł od razu po urodzeniu. Urodził się z wodogłowiem i nie można było go uratować – odparła Jolanta z zaciśniętymi zębami

– Zmarł? Jak to zmarł? – chciałam wiedzieć. – Gdzie jest pochowany?

– Na Powązkach.

– Mamo przecież my nie mamy nikogo na Powązkach? – zdenerwowała się Wiola. – O jakim Jurku ona mówi? Ty miałaś jeszcze syna? Nic nam nie powiedziałaś?

– Może pani poda numer kwatery? – naciskałam. Nie chciałam dać za wygraną. Musiałam tymi niewygodnymi pytaniami jeszcze bardziej ją upokorzyć. Pragnęłam zemsty.

– 356 – odpowiedziała sucho

– Pojedzie Pani ze mna na grób Jurka? – zaproponowałam. – Niestety nie znam tego cmentarza. Pani pewnie tam bywa, więc łatwiej będzie nam razem trafić. Może jutro?

– Jutro nie mogę, poza tym dawno tam nie byłam, sama nie wiem czy trafię – wydukała.

– Mamo, co Ty opowiadasz, nigdy nie byłaś na Powązkach, wiedziałybyśmy o tym! O co tu chodzi? Mów prawdę, nie kręć! – nie wytrzymała Wiola.

Zapanowała głucha cisza.

– Nie umarł, nie miał wodogłowia, żyje, ale nie wiem gdzie – powiedziala Jolanta.

Nie wierzyłam własnym uszom. Jak można o swoim żyjącym dziecku powiedzieć, że umarło, że chorowało? To wstrętne.

– Zabrali mi go już w szpitalu, dziadek tak kazał- – tłumaczyła Jolanta, moja b. matka.- Został adoptowany, więcej nie wiem.

fot. Przemyslaw Pokrycki dla NAJ


Silvan, dawniej Jurek, brat

Bożena szukała brata przez pięć lat. Zgłosiła się do popularnej gazety z prośbą o pomoc. Łódzki detektyw, Waldemar Czerwiński podjął się tego zadania nieodpłatnie. Policyjny eksperci, bazując na zdjęciach rodziny biologicznej Bożeny, naszkicowali wstępny rysopis. Do działań zaangażowano nawet Interpol.

– Byłam w pracy, kiedy zadzwonił pan Czerwiński. Że Jurka zaadoptowało małżeństwo francuskie. Mieszka w Szwajcarii. I, że czekamy na zgodę adopcyjnych rodziców na rozmowę.

Wieczorem, o 23 mogli już porozmawiać. Bożena nie zna francuskiego, Jurek- Silvan, zna angielski dość słabo. Redaktor z gazety znalazł tłumacza. Szok. Euforia. A potem sms-y, maile, jakby można było nadgonić stracony czas.

Pojechała do Szwajcarii, na spotkanie. Myślała, że będzie jej towarzyszyć tylko siostra I detektyw, a nie grupa dziennikarzy. Detektyw tłumaczył, że za pieniądze uzyskane za reportaże, będzie mógł pokryć część wysokich kosztów poszukiwań.

Bożena nie pamięta samej podróży. Nocleg w Czechach. Potem długa droga do Zurichu. O godzinie 24 byli już na miejscu. 10 minut na opłukanie twarzy.

Popatrzyła na brata. Te same oczy. Jesteśmy z tej samej gliny. Zapłakali oboje. Niestety kamera to brak intymności. Ekipa reporterów ponaglała: Powtórzymy jeszcze scenę powitania. Panie jeszcze raz wsiądą do samochodu…Porozmawiacie potem.

Na prawdziwą rozmowę, łamanym angielskim i na migi musieli chwilę poczekać.

O czym? Że szok. Że coś im w dzieciństwie zabrano. Rodzice biologiczni, trudno, byli jacy byli, ale łatwiej byłoby im obojgu żyć, gdyby wiedzieli, że jest gdzieś ktoś najbliższy – brat i siostra. Że tacy podobni, chociaż wychowani w innych rodzinach, w innym kraju. Że w chwilach kryzysu, napięcia, oboje tak samo kupują płótna i malują. Że lubią łowić ryby. Słuchają podobnej muzyki. Maja podobną wrażliwość. Skąd się to bierze, że człowiek jest taki? Że takie podobieństwo i bezwarunkowa przynależność…

W tym momencie Bożena zrozumiała, że scalić taką zerwaną więź, to tyle co naprawić swój własny życiorys, odbudować chociaż fragment zdewastowanego dzieciństwa.

4870 osób błaga o pomoc. 

Bożena Łojko podjęła studia na pedagogice terapeutycznej, z myślą o pomocy dzieciom z domów dziecka i ich przybranym rodzicom.

Założyła portal Zerwane Więzi, w którym publikuje ogłoszenia o poszukiwaniu biologicznych rodziców, rodzeństwa rozdzielonego w placówkach adopcyjnych i opiekuńczych. W marcu 2013 roku zarejestrowała Fundację Zerwane Więzi. Organizuje kontakty z mediami, pomoc detektywów, i placówek zajmujących się takimi poszukiwaniami. Dzięki dotacji unijnej rozbudowała portal, stworzyła wyszukiwarkę e-detektyw a już niedługo powstanie telewizja internetowa. Organizuje grupy wsparcia i pomocy terapeutycznej.

Fundacja zerwane więzi

Pomogła matce, której odebrano dzieci i pozbawiono władzy rodzicielskiej, w czasie, kiedy odsiadywała wyrok więzienia. Kobieta chciała odnaleźć swoich synów, by im wytłumaczyć, że nigdy się ich dobrowolnie nie wyrzekła. Pomogła też dziadkom odnaleźć dzieci swojej córki, z którą utracili kontakt w czasie II wojny.

Pomogła również bliźniaczkom, które po 50 latach mogły się spotkać i uściskać. Na założonym przez nią portalu www.zerwanewiezi.pl, codziennie przybywa ogłoszeń.

Bożena dobrze wie, co czuje 24-letnia Dorota Siuta, która w ogłoszeniach na portalu zerwanewiezi.pl zamieściła list:

„hej, szukam kogokolwiek, kto cokolwiek o mnie wie. Ja wiem tyle że urodziłam się w Tychach 12.06.1991. Jak miałam 6 miesięcy ok zostałam adoptowana. Ochrzczona zostałam w Katowicach. Wiem że przy adopcji pomagała bardzo p. Bogusława Gorzkowska, dyrektorka Domu Pomocy Społecznej Zacisze w Katowicach. Jakoś 2 miesiące po urodzeniu byłam w szpitalu, bo przechodziłam salomonellę.   O ile się nie mylę byłam wtedy w Domu Małego Dziecka. Dosłuchałam kiedyś, że matka oddała mnie, bo musiała (zbyt młody wiek, rodzice jej kazali). Nie wiem czy to prawda, bo gdy zapytałam o to moich adopcyjnych rodziców po prostu mnie zbyli.  Proszę o kontakt dorota.siuta@onet.pl” 

Maria Mamczur

Zerwane więzi – dzieci znikąd
4.7 (93.33%) 6 głos[ów]