Renata: Przez pięć lat byłam tą drugą, kochanką żonatego. Nie czuję się winna, chociaż wielu uważa, że to ja byłam tą złą w trójkącie. Tą która wie, w co się pakuje i na dodatek rozbija rodzinę. A ja… nie wiedziałam w co brnę. Kochałam uczciwie. I za tę miłość zapłaciłam dużą cenę.

Dziś, kiedy odtwarzam w pamięci – chwila po chwili, scena, po scenie, coraz wyraźniej widzę granicę między moimi marzeniami, złudzeniami, mitami, które stworzyłam na swój własny użytek, a brutalną rzeczywistością.

Przepraszam, że opowiadam tak chaotycznie, ale tyle we mnie jest bólu… Najbardziej boli to, że mężczyzna, którego pokochałam tak bardzo mnie oszukał. No i, o ironio! ta moja tragedia, to jeden wielki banał, kicz, Harlequin. Już to wiem, bo nieraz czytam opowieści kobiet uwikłanych w takie związki, i wierzcie mi, zawsze mam wrażenie, że one opowiadają moje życie.

Ale zacznijmy od początku:

30-latka po przejściach spotyka rozrywkowego mężczyznę

To był ten moment… Zakończyłam własnie pewien etap. Wczesne małżeństwo zakończone burzliwym rozwodem. Długo lizałam się z ran. Powiedziełam sobie: dość, już nie chcę w życiu żadnego faceta. Nikt mnie nie zrani. Koniec, kropka! I święcie w to wierzyłam.

Jestem sędzią zawodów konnych. Była wiosna. Po zawodach imprezka przy ognisku – zawodnicy, koniarze, sympatycy, sponsorzy… Przyplątał się do mnie on. Nie sprawił dobrego wrażenia (dziś już wiem, że zadzialała intuicja)– metrykalnie zbiżał się do pięćdziesiątki, ale bawił się jak szczeniak. Długie włosy, ramoneska, fantazja, dowcip. Poprosił znajomych o mój telefon. Kilka dni później zadzwonił do mnie do pracy. Działał szybko. Powiedział, że zaprasza na kawe, już jedzie. Pomyślałam: takie tam gadanie! On mieszka w Rzeszowie, ja w Krakowie.

Ale naprawdę przyjechał. Pierwszy mój odruch: uciekać! Ale koleżanki namawiały mnie: Kiedy ostatnio byłaś z kimś fajnym na kawie? Co ci szkodzi spotkać się z nim? Przecież nic złego się nie stanie, a ty lepiej się poczujesz. Znowu poczujesz, że jesteś kobietą.

Poszłam. Wiedziałam, że on jest żonaty. Ale to tylko kawa!

Romeo tka misterną sieć, a głupia baba w nią wpada.

Byłam wtedy głupia, teraz to wiem. Gdyby dziś jakiś mężczyzna przede mną użalał się, że żona wredna, podła, zła, że nie ma z nią życia, że dopiero teraz spotkał prawdziwą kobietę, zapytałabym: „Tak ci z nią źle, to dlaczego do tej pory się nie rozwiodłeś? Najpierw załatw swoje sprawy, a potem może porozmawiamy.”

Ale wtedy nie byłam taka mądra.

Roman, bo tak miał ten facet na imię, zwierzał mi się, wpatrując głęboko w oczy. Opowiadał o nieszczęśliwym dzieciństwie. Miał 10 lat, gdy matka zostawiła go z ojcem, wyjechała na zawsze do Ameryki. A potem wpadł w to małżeństw, jak śliwka w kompot. Żona, niedobra. Szpieguje go, nie daje mu żyć. Chce tylko pieniędzy. Nie rozumie jego potrzeb. A poza tym cofa się w rozwoju. Żadnych zainteresowań, żadnego drugiego dna. Histeryczna, szara mysza, która dobrze gotuje. No i jest matką jego dziecka.

Współczułam mu. Pomyślalam: „Ja po przejściach, on po przejściach. Dwie pokaleczone dusze. Zrozumiemy się”.

Za tydzień przyjechał znowu. Poszliśmy na spacer do parku. Jestem romantyczna, a on chyba to wyczuł. Czarujący, opiekuńczy, miły. Tym razem to ja mu się zwierzałam. Słuchał ze skupieniem. I bąknął nieśmiało (teraz już wiem, że ta nieśmialość, to gra), że chciałby mi wynagrodzić wszystkie moje cierpienia. Że taka cudowna kobieta…

Przyjeżdżał coraz częściej. Morze kwiatów, prezenty, romantyczne kolacje w luksusowych knajpach, szaleńcze eskapady do pubów. Nigdy nie czułam się tak adorowana.

Zdobywał mnie tak przez trzy miesiące. Przyzwyczajałam się do niego. Zaczęłam czekać na jego telefony. Łapałam się na tym, że ciągle o nim myślę. Motyle w żołądku. Uniesienie: wreszcie los się do mnie uśmiechnął. Jestem zakochana!

Oceń ten post