Każde święta to utrapienie. Nie dość, że cała ta celebra przygotowań: stół z białym obrusem i koniecznym kompromisem między liczbą nakryć, pozwalającą pozostawić wolną przestrzeń na łokcie, a miejscem na półmiski, miski i miseczki z potrawami, których oczywiście zawsze jest za dużo; nie dość, że przymus rodzinnych spotkań, wzajemnych wizyt i rewizyt, to jeszcze wymóg odświętnego wyglądania. Prezentowania się. Pełnej gali. Pod karą świętej obrazy ze strony babć i teściowych. No, moje chłopaki i gala!

Kiedy dzieci były małe, nosiły to, co im założyłam. Już jednak z początkiem podstawówki zaczęły się problemy. Spodnie, pół biedy, udawało mi się przemycić, choć zapanowała wtedy moda na dresy (i na moje nieszczęście, z niewielkimi zmianami trwa do dziś), ale koszula, zwłaszcza biała, marynarka – zapomnijcie, rodzice!
T-shirty i bluzy to była podstawa stroju moich młodych panów. Nawet na rozpoczęciach i zakończeniach roku szkolnego lansowali model, oględnie mówiąc, sportowej elegancji – biała koszula pod dresową bluzą to wszystko, co udało mi się w nich wmusić. Ostatnia uroczystość, na której wystąpili w ciemnych garniturach
i białych koszulach pod muszką, to była I komunia św. Mam dowody – zdjęcia! Wyglądają na nich, jakby kij połknęli, ale – wyglądają! Na bierzmowanie zamiast marynarki, z której już zresztą wyrośli, a nowej nie pozwolili sobie uszyć, włożyli granatowe sweterki. Są dowody – zdjęcia! Acha, jeszcze fotki maturalne, ostatnie dowody mojej matczynej dbałości o wygląd potomstwa. I to by było na tyle, jak mawiają w kabarecie.

Każdorazowa próba przemycania nieśmiałych pomysłów, żeby jeden z drugim włożył na grzbiet coś na podobieństwo garnituru – kończyło się awanturą. Kończyło, bo zaniechałam wszelkich starań. Dawno przestałam się buntować przeciwko buntowi moich synów. Sama lubię nosić się wygodnie, nie znoszę garsonek i żakiecików spod-igły-wyjętych. Widocznie przeszło na progeniturę. Co do ich ojca, gdyby tylko mógł (a i się zdarzało), to by w garniturze spał. On nie chodzi w garniturze, on w garniturze kroczy. Widocznie akurat to na progeniturę nie przeszło (w przeciwieństwie do paru innych cech, które chętnie bym z młodych wytrzebiła, ale to już temat na osobne opowiadanie).

No, moja droga – usłyszałam kiedyś z ust teściowej – jakie sobie wystawiasz świadectwo jako matka?
Popatrz na te swoje gagatki, jak się noszą, co to za spodnie, gdzie mają krok, w kolanach?

Moja młodsza koleżanka, matka też już dorosłego syna, chwali się, że garnitur, a nawet smoking i muszka
to jego druga skóra. Dlaczego? Otóż, kiedy wyrósł ze śpioszków, nastała era lumpeksów. Na drogie ciuchy w zwykłych sklepach nie było jej stać, a w second-handach można było kupić małe gajerki na tony po kilka złotych za kilo. To i kupowała. I nie było jej żal ubierać dzieciaka w elegancki zachodni ciuch do piaskownicy na podwórku. Mały też nie miał z tym problemów. Kiedy się zniszczył jeden smoking, na podorędziu był następny. Mógł śmiało się w nim tarzać, bez obawy o naganę. Tak się chłopiec przyzwyczaił, że włożenie smokingu na studniówkę czy na bal maturalny to było jak bułka z masłem. Żadna tam wyjątkowa okazja.
Po prostu – dzień jak co dzień. Lord ma tak od dziecka. W smokingu może tańczyć, a nawet biegać.

Niestety, moje lordy urodziły się ciut wcześniej. Nie tylko nie było lumpeksów, ale i normalnie – w dzisiejszym rozumieniu – zaopatrzonych sklepów z dziecięcymi ubrankami nie było. Były za to krawcowe i przymus noszenia odświętnych ubrań, jak sama nazwa wskazuje, od święta. A jak od święta, to nie codziennie – i idąc tropem mojej młodszej koleżanki – trudno w czymś takim czuć się naturalnie. Bo nawyku nie ma. Trudno się zatem dziwić, że moi lordowie czuli się w garniturze nienaturalnie, czyli sztywno, czyli obciachowo nawet (obciach z napisem: „Uwaga, nie brudzić!” w dodatku). I tak im zostało do dziś.

Obawiam się, że z tego powodu unikają wesel swoich kumpli i sami nigdy nie staną na tak zwanym ślubnym kobiercu. No, i co tu mówić o świętach. Moja śp. Babcie mawiała, że nieważne jak, może być biednie, byle schludnie. Cokolwiek dziś znaczy słowo: schludnie. I tej wersji będę się trzymać.

Wesołych świąt!

Matka Zła

Świąteczne ubranko
5 (100%) 3 głos[ów]