Poród w domu staje się coraz bardziej popularny. W latach 2012-14, według statystyk Stowarzyszenia „Dobrze urodzeni” w czasie porodów domowych urodziło się 494 dzieci.

Michasia urodziłam w domu, na kanapie

Joanna: Krzyczałam tak, że nawet było mnei słychać w osiedlowym sklepie. Świadoma własnego ciała… myślałam, że dam sobie radę. Że to będzie bułka z masłem. Naczytałam się o porodach orgazmicznych. Życie to zweryfikowało. Nabrałam szacunku i respektu dla własnego ciała.

Siedem lat temu urodzila swoje pierwsze dziecko w domu. Była już w szóstym miesiącu ciąży, kiedy podjęła tę decyzję. – Tylko ten sposób – stwierdziła – mogliśmy przeżyć to wyjątkowe wydarzenie tak, jak chciałam, intymnie, spokojnie i rodzinnie. Nie chciałam robić tego w szpitalu, gdzie wszystko jest odczłowieczone. Tam jesteś elementem urzędowo-medycznej procedury, tracisz indywidualność, ktoś inny rpzejmuje kontrolę nad twoim ciałem. Tego nei chciałam! W szpitalu człowiek się rodzi i umiera, a my w tym ważnym momencie życia jesteśmy od niego psychicznie daleko.

Lubię mieć wpływ na sytuacje bezpośrednio mnie dotyczące. Wtedy czuję się bezpiecznie. I tak miało być i w teraz.

Wiedziała już, że chce rodzić siłami natury, najlepiej w wodzie.

– Na jednej ze stron poświęconych „dobrym porodom” – opowiada– przeczytałam o planowanej budowie domu narodzin. Dowiedziałam się też , że jest możliwość zorganizowania czegoś takiego jak poród w domu. Zaiskrzyło. Nawet przez chwilę nie zastanawiałam się czy to jest ryzykowne. Spytałam tylko męża, czy nie ma nic przeciwko temu. Nie miał.
Joanna przeczytała w internecie na temat położnych, które przyjmują domowe porody. Obejrzała poród na youtubie 😉 (tu koniecznie zaznacz to mrugnięcie oczkiem – śmieje się).

Zadzwoniła do szpitala Św. Zofii, gdzie wspomniane położne pracowały. Dowiedziała się, że musi przejść bardziej szczegółowe badania, niż kobiety, które decydują się na poród w szpitalu, by wykluczyć prawdopodobieństwo jakichkolwiek powikłań. Oraz, że wspólnie z mężem powinna się zapisać do szkoły rodzenia prowadzonej przez te położne.
– Wiedziałam, że wszystko musi być idealne. Pomyślałam: jeśli wyniki będą w porządku, to super. Jeśli jednak będą jakieś przeciwskazania, to na pewno wybiorę taki szpital w którym będę mogła urodzić po swojemu.

Poinformowała o decyzji rodziców. – Zaczęła się mała wojna podjazdowa. Mama prosiła bym dobrze się zastanowiła. Rodzice podsyłali mi różne materiały. Nie naciskali w sposób bardzo bolesny, ale… czułam ich presję. Powiedziałam, że to jest przemyślana i świadoma decyzja poparta szczegółowym wywiadem. W końcu to uszanowali.

Przeczytałam hasło, które propagują zwolennicy naturalnych porodów: „Ciąża nie jest chorobą, a poród nie jest operacją“. Uczepiłam się tego. Od kilku lat ćwiczyłam jogę. Miałam bliski kontakt z własnym ciałem, umiałam nad nim panować. Nie bałam się porodu. Wyobrażałam sobie, że będzie, jak w amerykańskim filmie – porody domowe – urodzę dziecko, położą mi je na piersiach, wszyscy będą wzruszeni i zachwyceni.

Wszystko szło według ustalonego planu.

– Wyniki były dobre. Procedura trwała. Zrobiono mi specjalne USG przed porodem, które określało o wiele więcej parametrów, niż USG zwykłe. Sprawdzono pępowinę, jak jest ułożona. Analizowano wszystkie ewnetualne problemy przy porodzie. Wyszedł mi jeden wynik nieprawidłowy i trzeba było go potwierdzić, na obecność jakiegoś wirusa… nie pamiętam. Trzeba było robić dodatkowe badania w szpitalu zakaźnym na Wolskiej i trochę poczekać na wynik. Jednak synek zdecydował się przyjść na świat 2 tygodnie wcześniej, przed dniem zero.

Kiedy zaczęły się pierwsze skurcze położna kazała nam zadzwonić na Wolską i wyprosić podanie wyniku przez telefon. Kiedy okazało się, że wyniki są w porządku, ostatni raz zapytała czy nadal jestem zdecydowana na poród w domu. Powiedziałam, że oczywiście tak!

Joanna śmieje się, że poród okazał się przeżyciem bardziej fizycznym niż metafizycznym.
– Wody mi odeszły o 4 rano– wspomina. – O dziewiątej były już u mnie dcwie fantastyczne, doświadczone położne ze Szpitala Św. Zofii. Odbierały 100 prodów domowych rocznie! Przyjechały wyposażone w tzw. „szpital w walizeczce”. Dość szybko skurcze stały się bolesne. Były podwójne, trwały dwa razy dłużej, a po nich następowała dłuższa niż zazwyczaj przerwa.

Poród w domu trwał 13 godzin.

– Świadoma własnego ciała… myślałam, że dam sobie radę. Że to będzie bułka z masłem. Naczytałam się o porodach orgazmicznych. – śmieje się Joanna – Życie to zweryfikowało. Nabrałam szacunku i respektu dla własnego ciała. Wszystko wymykało mi się spod kontroli. Musiałam się temu poddać. Ciało wie… Byłam tak zmęczona, że po kilku godzinach poszłam spać na dwie godziny. Miałam serdecznie dosyć!

Joanna krzyczała tak, że słychać ją było w osiedlowym sklepie.
– Cały czas towarzyszył mi mąż. Był trzecią położną! Co jakiś czas tylko wychodził przejść się wkoło bloku, żeby uspokoić się i nabrać sił. I jak się okazało, dookoła mojego bloku chodziła też moja przerażona mama. Potem mi powiedziała, że to była jedna z najgorszych tortur – słyszeć krzyki porodowe własnej córki.

A ja… ja krzyczałam na położne, że mnie nie uprzedziły, że to tak boli! One mnie uspokajały. Mówiły, że w szpitalu byłoby jeszcze gorzej. Bo kiedy przedłuża się poród wprowadzane są kolejne procedury. A ja przecież za wszelką cenę chciałam uniknąć cesarki, próżnociągów i tych innych koszmarnych, odhumanizowanych rzeczy!
Kiedy syn w pierwszej fazie porodu zbliżał się do kanału rodnego, źle się ustawił. Położne masując, przekładając mnie mnie musiały zmienić położenie dziecka i wstawić go w kanał rodny. Trochę się napracowałyśmy. Ale warto było…

Siedziałam na kanapie, w dużym pokoju.

Nie było lawiny krwi, czym straszyli mnie wszyscy naokoło. Michaś urodził się malutki. Siny, z wydłużoną główką. Podali mi go nie na piersi, jak to sobie wyobrażałam, tylko na uda, bo okazało się, że pępowina jest za krótka. Będziemy Cię bardzo kochać – powiedziałam do niego. Leżeliśmy z nim w łóżku. Było domowo, przytulnie. Mama przyniosła mi miskę tiramisu, które zrobiła specjalnie na tę okazję. Tego nie da się przecenić.

Po porodzie położne zrobiły podstawowe badania, pobrały krew, pokazały świeżo upieczonym rodzicom, jak się dziecko przewija i jak przystawić je do piersi.

– Wyszły po trzech godzinach, jak poczuliśmy się bezpiecznie i uznały, że wszystko jest ok. Kiedy się z nami żegnały poczuliśmy niepokój. No i co teraz? Zostaliśmy sami?!!! W szpitalu wiesz, że jak się coś wydarzy, na miejscu jest pomoc. Lekarz na wezwanie. A tu pozostajesz się z nowonarodzonym dzieciątkiem zdana sama na siebie. Ale też dzięki temu czujesz się silna, ważna i sprawcza. Następnego dnia już o 7 rano odwiedziła Joannę położna i lekarz neonatolog ze Szpitala Św. Zofii.

Doktor zrobiła badania. Okazało się że Michaś ma żółtaczkę. Miał podwyższoną bilirubinę. W warunkach szpitalnych leżałby pod lampą co najmniej tydzień.

Badania po porodzie

Położna zasugerowała, że można zbić bilirubinę w naturalny sposób – przez kąpiele, bo dziecko wciąga wodę przez ciało. Wymaga to pracy, ale daje możliwość pozostania w domu.
– Poczytaliśmy o tym. Postanowiliśmy zawalczyć. Były więc półgodzinne kąpiele 3 nawet 4 razy dziennie – wspomina Joanna – dopajanie Michała co półtorej godziny, z zegarkiem w ręku, łyżeczką, bo był za słaby by ssać.

Trzeba go było za każdym razem budzić, bo dziecko z podwyższoną bilirubiną jest bardzo ospałe. Michaś sikał, sikał, sikał, a ja piłam zioła odtruwające wątrobę i karmiłam go piersią. Po 4 dniach już było po wszystkim. Położna powiedziała, że to rekordowy wynik. To kolejny dowód na to, że to była dobra decyzja.

Wiem, że kiedy zostawiłabym go w szpitalu, to i z bliskim kontaktem byłby problem, i z karmieniem piersią, bo dziecko musi te kilka godzin leżeć pod lampami. A poza jaki miało sens rodzenie w domu i jechanie z dzieckiem do szpitala, gdzie tak obco?
Michaś był zdrowy i spokojny. Dziś jest dzieckiem zrównoważonym, pewnym siebie, spokojnym, bez lęku. Czy to zasługa tego, jak się urodził – poród w domu? Nie wiem. Nie mam skali porównawczej.

Porody domowe

Kiedyś mnie zapytano, czy po raz drugi zdecydowałabym się na poród w domu. Odpowiedziałam bez wahania, że tak. Ten poród był dla mnie odkryciem. Zrozumiałam, jak wielką siłą jest natura. Ból jest tu i teraz, nie pamięta się go, bardziej zapamiętuje się ulgę i błogostan, który jest potem.

I co ważne – to ja rodzę! W czasie prawidłowo przebiegającego porodu położne pomagają, ale nie przejmują kontroli nade mną. W szpitalu kontrola jest jednak od samego początku dość wyraźnie wyczuwalna. I to mi zupełnie nie odpowiada.

Maria Mamczur

Poród w domu. Michasia urodziłam w domu.
4.88 (97.5%) 8 głos[ów]