Na zdjęciach sprzed dwóch lat Ewa uśmiecha się nieśmiało. Ma smutne oczy, bladą twarz. Jej grzeczny mundurek urzędniczki, grzeczna fryzurka, grzeczne buciki – mówią: nie chcę wyróżniać się z tłumu. Dziś po grzecznej fryzurce, mundurze urzędniczki i smutnym uśmiechu nie ma ani śladu. Nie ma już tamtej dziewczyny. Jest inna – pełna energii, pewna siebie, zalotna brunetka z asymetryczną, wystrzępioną grzywką. Mówi wprost: przez ostatnie dwa lata zmieniłam wszystko, nie tylko wygląd. Ale najważniejsze, że wreszcie uwolniłam się z toksycznej miłości. Warto było!

– Może trudno w to uwierzyć – opowiada – ale dwa lata temu niemal uciekłam sprzed ołtarza. W szafie wisiała już ślubna sukienka. Czekało już na nas wymarzone gniazdko, wyremontowane mieszkanie, na które wcześniej wzięliśmy wspólny kredyt. Wszystko było dokładnie zaplanowane… No właśnie – zaplanowane dokładnie tak, jak chciała jego matka. Mieliśmy się pobrać. Niedługo po ślubie ja miałam zajść w ciążę, urodzić dziecko, które ona miała nam odchować. Moja niedoszła teściowa przewidziała nawet mój powrót do pracy.
I już zaczęła załatwiać, poprzez swoje stare znajomości moje nowe stanowisko.

Najpierw krzyczało moje ciało

Pewnie chcesz wiedzieć, kiedy zorientowałam się, że coś w moim związku jest nie tak? Chyba dojrzewałam do tej świadomości stopniowo. Dziś, po terapii już wiem, że najpierw moje ciało krzyczało: stop! Ciągłe migreny, nerwobóle. Napady lęku i duszności w nocy. Wtedy tłumaczyłam to inaczej: że za poważnie traktuję życie.
To prawda, że miałam wątpliwości czy to jest ten właściwy mężczyzna. Po każdej awanturze. Kiedy on ciągle czegoś ode mnie chciał, wiecznie był ze mnie niezadowolony. On mówił, jak powinnam się zachowywać. Jego mama wybierała dla mnie fryzjera i ciuchy. Jakby nie liczył się fakt, że skończyłam z wyróżnieniem studia prawnicze, miałam dobrą pracę, świetnie zarabiałam. Ważniejsze było to, że usiadłam przy stole nie tak jak należy. Nie tak rozmawiałam z jego znajomymi. Oglądałam nie te filmy, co powinnam. Nie czytałam odpowiednich książek.

Zamykałam się w sobie. Uzależniona od jego gestów, wyrazu twarzy, spojrzeń. Czy on ma dobry humor? Czy znowu go zirytowałam? Spytasz pewnie, dlaczego nie uciekłam z tego związku od razu. Może dlatego, że kochałam za bardzo? Tak mi zależało na tym, by uzyskać akceptację mojego ukochanego, że mogłabym nawet stanąć na głowie. Czytałaś książkę Norwood Robin „Kobiety, ktore kochają za bardzo”? Ja ją przeczytałam. Może to było zrządzenie losu, że trafiłam na nią w księgarni i kupiłam? Doznałam olśnienia. To o mnie ta książka! Tak bardzo boję się być sama, tak bardzo boję się samotności, że jestem z nim!

Zasypywał mnie kwiatami, a ja miałam poczucie winy

Nie wiedziałam tylko, że to był dopiero początek drogi. Byłam coraz bardziej rozdarta. Chciałam do niego odejść i nie chciałam. On, taki przystojny, elegancki, wyjątkowy, potrafił być czarujący. Zasypywał mnie kwiatami, kupował prezenty, zabierał na wystawne kolacje. Koleżanki mi go zazdrościły. Miałam wtedy poczucie winy, że może jestem przeczulona, czepiam się bezpodstawnie, zamiast popracować nad sobą, doskonalić się – żeby on jeszcze bardziej mnie uwielbiał. Ciągle myślałam, że powinnam na niego zasłużyć.
Bo on przecież – tak wówczas rozumowałam – już dawno zasłużył na mnie.

Może tak mi się wydawalo, a może tak było naprawdę… sytuacje, w których on miażdył mnie swoim niezadowoleniem zdarzały się coraz częściej. Nie wiem, co było gorsze – poczucie upokorzenia? Ubezwłasnowolnienia? A może wstydu? On traktował mnie jak szmatę, a ja nadstawiałam drugi policzek. Musiałam być gorsza niż inne, skoro on mnie tak traktował.

Parę razy próbowałam od niego odejść. Jednak wracałam, bo on był taki załamany. No i moja rodzina naciskała: dziewczyno nie marnuj takiej szansy! Nie odrzucaj go! Bo los się zemści.

Odniosłam sukces. Uwolniłam się od toksycznej miłości.
5 (100%) 4 głos[ów]