Wczoraj Duduś wpadł, jak po ogień. Zawsze wpada, jak po ogień. – Masz coś, głodny jestem… Acha, chora jesteś, to może zrobię ci jakieś zakupy?

– Świetnie, synku…

– Nie mów do mnie: synku…

– Dobrze, synku…

– Mamo, ja-mam-trzy-dzieś-ci-pięć-lat!

– Ok, ale dla mnie zawsze będziesz synkiem… A zupę przedtem zjesz?

– Jasne!

Nalałam, podałam. – Mmm, żurek – mlasnął – pycha. O, nowa „Polityka”… Duduś utopił łyżkę w zupie, wzrok w gazecie, to sobie pogadaliśmy.

Nasze rozmowy przy stole. Jak ze „Świra”.

– A co u ciebie?

– Co? Aaaaa, wszystko w porządku.

– Mówiłeś, że skończyliście jakiś wielki dżob.

– No, tak, siedzieliśmy do rana.

– A nie możecie w dzień?

– Mamo…

– Pieniądze z tego jakieś będą?

– No… ale nie od razu. Dopiero przyszły za poprzednią robotę, wiesz, tą sprzed miesiąca.

– Dolać jeszcze zupy?

– Najadłem się, dzięki. Muszę lecieć.

– Pączek mi został od wczoraj, może zjesz?

– Nie, nie, mamuś, ząb mnie boli…

– Jak to: ząb boli, to dlaczego nie idziesz do dentysty?

– Nie mam kasy.

– Jak to nie masz kasy? Powiedziałeś, że właśnie dostałeś. Dopiero co byłeś u dentysty, znowu dziura, Boże, to moja wina, źle cię karmiłam w dzieciństwie, ale przecież nie lubiłeś mleka, my wszyscy nie znosimy mleka, trzeba było… – otworzył mi się karabin maszynowy, chociaż bardzo się powstrzymywałam.

– Co, znowu będziemy się obwiniać? Mamo, daj spokój!

Dobra, tu jest lista, pieniądze, idź na zakupy, chłopie, bo mnie zaraz rozerwie. Wygadany synuś mi się trafił.

Uwinął się szybko nad podziw, do listy zrealizowanych życzeń dołączył od siebie jogurt bałkański: – Spróbuj, dobry. Na zęby, he, he…

– Dzięki, Duduś.

– Mamo, prosiłem, nie mów do mnie: Duduś. Twój Duduś ma trzy-dzieś-ci-pięć-lat!

Jak to, trzydzieści pięć, Chryste, trzydzieści pięć? Mój mały Duduś?

Trzydzieści pięć lat. Bez żony, bez stałej pracy, bez pieniędzy. Co zrobiłam nie tak?


Matka Zła

Oceń ten post