Kiedy 30 lat temu, z niewielkim okładem, byłam młodą mamą, wiedziałam, że rodząc dziecko wchodzę w rolę wobec niego służebną. Karmiłam więc moje dzieci piersią na żądanie, nie zastanawiając się, czy ten fakt negatywnie wpływnie na urodę moich piersi (nie wpłynął). Dostosowałam mój rytm dobowy do ich rytmu. Ogólnie podporządkowałam swoje życie ich życiu. Zrezygnowałam na rok z niektórych ulubionych potraw, rozrywek towarzyskich, wizyt u znajomych, bo już na samą myśl o dziecku pozostawionym w domu, pod opieką babci, broczyłam mlekiem. Kiedy miałam wątpliwości (każda młoda mama ma ich tysiące) pytałam
o radę swoją mamę, lekarza czy bardziej doświadczone koleżanki. Zawsze był pod ręką jakiś autorytet. Podpowiedzi szukałam także w dostępnych książkach, których aż tak wiele nie było na rynku, a które były dopuszczone do publikacji, wcześniej przechodząc merytoryczną ocenę w odpowiednich instytutach.

Wydawało mi się to takie oczywiste. Nikt zresztą nie próbował mnie przekonać, że jest inaczej. Może dlatego było łatwiej? Dzięki jasnym i klarownym oczekiwaniom i standardom, nie przeżywałam takich konfliktów poznawczych i konfliktów sumienia, jak dzisiejsze młode mamy. Im jest o wiele trudniej.

Żyją pod presją sztucznie wykreowanych standardów, społecznych oczekiwań, pod ostrzałem ocen, rankingów, porównań, w zalewie sprzecznych, wykluczających się informacji. Dzisiejsza młoda mama powinna być perfekcyjna. Musi być sexy i wyglądać nienagannie, niczym celebrytki na ściance. Jeśli za wolno gubi wagę, to jej wina, bo albo ma za mało pieniędzy (na odpowiednią dietę, osobistego trenera, karnet w modnym klubie fitness), albo niewystarczająco dba o siebie (w końcu może ćwiczyć sama, uciułać na fryzjera i dzięki umiejętnemu szperaniu w second-handach lub na Allegro – być trendi). Na dodatek jej dziecko powinno być słodkim bobaskiem jak z obrazka. Spokojnym, uśmiechniętym, wzorcowym według wszystkich dostępnych w internecie skal.

Jeśli takie dziecko nie jest, to też mamy wina – może wszak zaopatrzyć się w łatwo dostępne poradniki (nie wszystkie przed drukiem oceniane merytorycznie – ważne by były modne i dobrze się sprzedawały). W poradnikach autorzy, np. celebrytki, krok po kroku instruują jak gładko i wspaniale przeżyć macierzyństwo. Jak być pięknym, szczęśliwym i doskonałym. Perfekcyjnie wypielęgnować i wychować doskonały produkt – dziecko – oczywistą wizytówkę zadbanej mamy. Jest jeszcze dobry wujcio google, który zawsze znajdzie jakąś odpowiedź. Tylko jak sprawdzić, czy ona jest na pewno prawidłowa? No i nie wiadomo, kto ma być tym autorytetem w zasięgu ręki? Matki poglądami sięgają epoki Średniowiecza, lekarze na pewno są interesowni, a koleżanki zazdroszczą!

Rodzi się frustracja, pogłębia uczucie niepewności, wzrasta napięcie. A dziecko, jak czuły radar, łapie te emocje. Reaguje niepokojem, kolką, nieutulonym płaczem, brakiem snu. Macierzyństwo, które w oczekiwaniach miało być pięknym snem, staje się koszmarem. Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji?

Polecam tekst Anny Kwiecień „Macierzyństwo nie jest z lukru”.

Maria Mamczur

Macierzyństwo nie jest z lukru
4.5 (90%) 4 głos[ów]